Moją baczniejszą uwagę na śledzony już wcześniej konflikt na Bliskim Wchodzie zwrócił znajomy, przesyłając mi link do filmu Przedsiębiorstwo Holokaust.
Coś ciekawego przeczytałem dziś na podobny temat w gazecie Hajdarowicza. Poniżej cytat z tekstu Georga Friedmana, założyciela prywatnej agencji wywiadu Stratfor. Stratfor słynie głównie z codziennych raportów o stanie bezpieczeństwa światowego, jej analizy, przygotowywane komercyjnie, są jednak również wykorzystywane przez agencje rządowe USA.

Idea państwa narodowego, która zapuściła korzenie w świecie arabskim pod koniec XIX wieku, a później była promowana przez arabskich socjalistów w latach 50., została wprost wyprowadzona z idei państw narodowych, które miały zastąpić europejskie imperium. Palestyński ruch narodowy wywodzi się z tej tradycji, zakłada bowiem, że naród palestyński ma prawo odróżniać się od innych.

George Friedman, Nacjonalizm wraca do Europy.

Nie, zdecydowanie nie przepiszę dziś zdania, które przeczytałem na jednej z tych małych karteczek, które trzymam w małym puzderku. Jest ono tak trafne, tak udatne, że nie nadaje się do blogosfery. Blogosfery, której być może nie ma: nikt tego tutaj nie czyta i powiem temu, który nie czyta, że nic nie traci. Jestem przekonany, że każdy ma takie swoje puzderko w swoim malutkim bucie, a w nim karteczki z pięknym aforyzmami, które nasuwają szlachetne myśli.

Czytam ostatnio pewien arabski zbiór arabskich aforyzmów, trafnych zdań o miłości cielesnej. Jedno z nich:

Znajdź sobie kogoś, komu będziesz mógł obciągnąć powieki, gdy umrze(sz).

Przeczytałem dziś ciekawe zdanie w książce Wojciecha Albińskiego Soweto. Nie przepisałem go niestety.

Sam Albiński wydaje się bardzo interesujący. I co istotne zapewne, urodził się w 1935 roku.  Geodeta, który wyjechał do Paryża w 1963, mieszkał w Genewie, to jednak Afryka zrobiła na nim wrażenie i odbiła piętno w jego książkach. Choć sięgając po tę książkę myślałem, że będzie dotyczyła byłego ZSRR.

Z tego, co rzuciłem okiem na parę zdań, również na to, którego tu nie umieszczam, proza wydaje się nie do strawienia w ciągu jednej nocy. Nie są to jednak również ujmujące świetnie rzecz aforyzmy, które można czytać po kawałku. Książka posiada fabułę. Nie wiem, czy wrócę jeszcze do tej książki.

Zdecydowałem się na Kalahari.

Duch ochoczy, lecz słabe ciało

Krótko mówiąc, najlepiej, byśmy pod słowem wolność wyobrazili sobie teraz taki stan, kiedy już nic nas nie wiąże z otaczającym światem. Nie mamy pragnień, emocji ani lęków. Można by rzec: nie ma już celu ani bezcelowości. I w ogóle nie dostrzegamy, że ta próżnia już nam nie przeszkadza. Dziwne, wolność to stan bez żadnych właściwości. Nie ma nic wspólnego z obojętnością, bo ta jest nieuchronnie cyniczna, nie ma też nic wspólnego z tym stan, kiedy jest nam już wszystko jedno, bo w nim jednak czai się jeszcze poczucie wstydu lub nadzieja. Kiedy nam już wszystko jedno – to jeszcze bardzo ludzki stan. Mógłbym to też tak określić: wolność nie jest stanem dla człowieka.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75517,2869178.html#ixzz2CnATXrbB

Wszystkie możliwe więzy łączące nas z rzeczami rozluźniają się i puszczają pod wpływem cierpienia, ono może wyzwolić od wszystkiego, ale nie od obsesji na punkcie samego siebie i od poczucia, że się jest nieodwołalnie jednostką. To samotność w całej swej istocie.
Najpierw wydaje nam się, że idziemy w kierunku światła; później zmęczeni marszem bez celu, zaczynamy się osuwać: ziemia robi się z chwili na chwilę mniej zwarta, nagle już nie może nas utrzymać i otwiera się. Na próżno próbowaliśmy podążać ku celom skąpanym w słońcu – ciemności rozpościerają się w nas i pod nami. Nawet najmniejsze światełko nie towarzyszy naszemu spadaniu, wzywa nas otchłań, a my podążamy za jej wezwaniem. Powyżej zaś zostaje wszystko, czym chcieliśmy być; wszystko, co nie miało dość siły, by wznieść nas wyżej.
Emile M. Cioran, Zarys rozkładu, cytat z książki Wojciecha Tochamana Wściekły pies, 2007.

polityczna poprawność, dlaczego segreguję

Pisanie wierszy to już zdecydowana przeszłość. Słowa zapisane to słowa niewypowiedziane [w momencie pisania]. Słowa skazane na zapomnienie. Niczego więc nie zapisuję. Po co miałbym to robić. Słowo zapisane nie ma w ogóle znaczenia, nie ma swego brzmienia. Jakie więc znaczenie ma powrót. Czy warto by wracać do tego, co pozostało, ale co pozostało tylko w archiwum. To oczywiste kłamstwo, że niczego nie zapisuję. Ciągle nie mogę przed tym się powstrzymać. Nie wiem tylko po co zapisuję – o tym czytałem we fragmencie Mal d’Archive Derridy w przekładzie Adama Dziadka. Że nie wiadomo po co jest archiwum. Jak więc je obsługiwać – czy składać wszystkie zapisane kartki w jedno miejsce czy też być mogłoby, żeby je jakoś segregować. Więc może segregować, lecz dopiero gdy upłynie czas od momentu złożenia w jedno miejsce. Czy warto więc później sięgać po tamte kartki – i jaki mieć do tego stosunek? Czy robić to tylko sentymentu czy może, żeby tylko segregować? Czy przypominać sobie różne zdarzenia związane z kartką papieru czy tylko segregować? To nie do uniknięcia. Kto mógłby tylko segregować. Czy jest ktoś taki? Gdzie szukać kogoś, kto nie ma żadnych sentymentów? Kim byłby czy byłoby? Nie wydaje się, żeby Bóg, o którym mówią, był taki. Więc gdzie to jest, czym teraz zajmuje się mój umysł. Gdzie ja znajduję siebie. Czy ja jestem taki, że mógłbym tylko segregować? O! pamiętam, gdy wiele razy tak się czułem. Lecz gdy już wiedziałem, że bywało również tak, że segregowałem z sentymentem, nie myślałem źle o bezwzględnej segregacji. Więc nie ma tego, kto tylko segreguje? Bywa czasami – lecz nie pozostaje na długo.

– Na tym etapie życia potrzebujemy towarzystwa – rzekła – Rozumie pan, towarzysza, z którym możemy dzielić przemyślenia i uczucia. Gdy Prajogamati opuściła ciało, poczułam się strasznie samotna. W istocie czuję się tak do dzisiaj. Jednak jej czas był wyznaczony. Gdy zachorowała, najpierw na gruźlicę, potem na malarię, cierpiała tak bardzo, że postanowiła dokonać aktu sallekhany, choć miała tylko trzydzieści sześć lat.
– Sallekhany?
– To rytualny post prowadzący do śmierci. My, dźinisci, uważamy go za ukoronowanie życia w ascezie. Oto, do czego wszyscy dążymy i co staramy się osiągnąć jako najlepszą drogę do nirwany. Nie tylko mniszki; nawet moja babcia, osoba świecka, dokonała żywota przez sallekhanę.
– To znaczy, że popełniła samobójstwo?
– Nie, nie! Sallekhana to nie samobójstwo – powiedziała z naciskiem – To zupełnie co innego. Samobójstwo to wielki grzech, skutek rozpaczy. A sallekhama to triumf nad śmiercią, wyraz nadziei.

William Dalrymple, Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach, Wołowiec 2012.