Mikołaj Wsiewołodowicz poszedł w kierunku światłą, lecz, nie wchodząc zatrzymał się na progu. Herbata stała na stole. Pośrodku pokoju stała staruszka, krewna gospodarza, bez chustki, w samej spódnicy, w bucikach na gołych nogach i w serdaku. Małe półtoraroczne dziecko, w samej koszulce, z bosymi nóżkami i zaróżowionymi policzkami, z potarganymi jasnymi włoskami, wyjęte tylko co z kołyski, trzymała na ręku. Dziecko widocznie niedawno płakało, łezki miało jeszcze na policzkach, lecz w tej chwili wyciągało rączki, klaskało w dłonie i śmiało się serdecznie. Kiryłow bawił się obok niego dużą czerwoną piłką; piłka odskakiwałą, a dzieciak krzyczał ‘cacy, cacy!’. Kiryłow chwytał ‘cacy’ i podawał, a dziecko rzucało swymi niezgrabnymi rączkami, Kiryłow nachylał się i podnosił. Wreszcie ‘cacy’ wpadło na szafę. ‘Cacy, cacy’ – krzyczało dziecko. Kiryłow położył się na podłodze, starając ręką wyciągnąć ‘cacy’. Mikołaj Wsiewołodowicz wszedł do pokoju. Dziecko zauważyło go i rozpłakało się głośno. Staruszka natychmiast z nim wyszła.

Fiodor Dostojewski, Biesy, tekst opracowany na podstawie XIX-wiecznego przekładu, Zielona Sowa.