Czytam ostatnio pewien arabski zbiór arabskich aforyzmów, trafnych zdań o miłości cielesnej. Jedno z nich:

Znajdź sobie kogoś, komu będziesz mógł obciągnąć powieki, gdy umrze(sz).

Przeczytałem dziś ciekawe zdanie w książce Wojciecha Albińskiego Soweto. Nie przepisałem go niestety.

Sam Albiński wydaje się bardzo interesujący. I co istotne zapewne, urodził się w 1935 roku.  Geodeta, który wyjechał do Paryża w 1963, mieszkał w Genewie, to jednak Afryka zrobiła na nim wrażenie i odbiła piętno w jego książkach. Choć sięgając po tę książkę myślałem, że będzie dotyczyła byłego ZSRR.

Z tego, co rzuciłem okiem na parę zdań, również na to, którego tu nie umieszczam, proza wydaje się nie do strawienia w ciągu jednej nocy. Nie są to jednak również ujmujące świetnie rzecz aforyzmy, które można czytać po kawałku. Książka posiada fabułę. Nie wiem, czy wrócę jeszcze do tej książki.

Zdecydowałem się na Kalahari.

Duch ochoczy, lecz słabe ciało

Krótko mówiąc, najlepiej, byśmy pod słowem wolność wyobrazili sobie teraz taki stan, kiedy już nic nas nie wiąże z otaczającym światem. Nie mamy pragnień, emocji ani lęków. Można by rzec: nie ma już celu ani bezcelowości. I w ogóle nie dostrzegamy, że ta próżnia już nam nie przeszkadza. Dziwne, wolność to stan bez żadnych właściwości. Nie ma nic wspólnego z obojętnością, bo ta jest nieuchronnie cyniczna, nie ma też nic wspólnego z tym stan, kiedy jest nam już wszystko jedno, bo w nim jednak czai się jeszcze poczucie wstydu lub nadzieja. Kiedy nam już wszystko jedno – to jeszcze bardzo ludzki stan. Mógłbym to też tak określić: wolność nie jest stanem dla człowieka.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75517,2869178.html#ixzz2CnATXrbB

Wszystkie możliwe więzy łączące nas z rzeczami rozluźniają się i puszczają pod wpływem cierpienia, ono może wyzwolić od wszystkiego, ale nie od obsesji na punkcie samego siebie i od poczucia, że się jest nieodwołalnie jednostką. To samotność w całej swej istocie.
Najpierw wydaje nam się, że idziemy w kierunku światła; później zmęczeni marszem bez celu, zaczynamy się osuwać: ziemia robi się z chwili na chwilę mniej zwarta, nagle już nie może nas utrzymać i otwiera się. Na próżno próbowaliśmy podążać ku celom skąpanym w słońcu – ciemności rozpościerają się w nas i pod nami. Nawet najmniejsze światełko nie towarzyszy naszemu spadaniu, wzywa nas otchłań, a my podążamy za jej wezwaniem. Powyżej zaś zostaje wszystko, czym chcieliśmy być; wszystko, co nie miało dość siły, by wznieść nas wyżej.
Emile M. Cioran, Zarys rozkładu, cytat z książki Wojciecha Tochamana Wściekły pies, 2007.

polityczna poprawność, dlaczego segreguję

Pisanie wierszy to już zdecydowana przeszłość. Słowa zapisane to słowa niewypowiedziane [w momencie pisania]. Słowa skazane na zapomnienie. Niczego więc nie zapisuję. Po co miałbym to robić. Słowo zapisane nie ma w ogóle znaczenia, nie ma swego brzmienia. Jakie więc znaczenie ma powrót. Czy warto by wracać do tego, co pozostało, ale co pozostało tylko w archiwum. To oczywiste kłamstwo, że niczego nie zapisuję. Ciągle nie mogę przed tym się powstrzymać. Nie wiem tylko po co zapisuję – o tym czytałem we fragmencie Mal d’Archive Derridy w przekładzie Adama Dziadka. Że nie wiadomo po co jest archiwum. Jak więc je obsługiwać – czy składać wszystkie zapisane kartki w jedno miejsce czy też być mogłoby, żeby je jakoś segregować. Więc może segregować, lecz dopiero gdy upłynie czas od momentu złożenia w jedno miejsce. Czy warto więc później sięgać po tamte kartki – i jaki mieć do tego stosunek? Czy robić to tylko sentymentu czy może, żeby tylko segregować? Czy przypominać sobie różne zdarzenia związane z kartką papieru czy tylko segregować? To nie do uniknięcia. Kto mógłby tylko segregować. Czy jest ktoś taki? Gdzie szukać kogoś, kto nie ma żadnych sentymentów? Kim byłby czy byłoby? Nie wydaje się, żeby Bóg, o którym mówią, był taki. Więc gdzie to jest, czym teraz zajmuje się mój umysł. Gdzie ja znajduję siebie. Czy ja jestem taki, że mógłbym tylko segregować? O! pamiętam, gdy wiele razy tak się czułem. Lecz gdy już wiedziałem, że bywało również tak, że segregowałem z sentymentem, nie myślałem źle o bezwzględnej segregacji. Więc nie ma tego, kto tylko segreguje? Bywa czasami – lecz nie pozostaje na długo.

– Na tym etapie życia potrzebujemy towarzystwa – rzekła – Rozumie pan, towarzysza, z którym możemy dzielić przemyślenia i uczucia. Gdy Prajogamati opuściła ciało, poczułam się strasznie samotna. W istocie czuję się tak do dzisiaj. Jednak jej czas był wyznaczony. Gdy zachorowała, najpierw na gruźlicę, potem na malarię, cierpiała tak bardzo, że postanowiła dokonać aktu sallekhany, choć miała tylko trzydzieści sześć lat.
– Sallekhany?
– To rytualny post prowadzący do śmierci. My, dźinisci, uważamy go za ukoronowanie życia w ascezie. Oto, do czego wszyscy dążymy i co staramy się osiągnąć jako najlepszą drogę do nirwany. Nie tylko mniszki; nawet moja babcia, osoba świecka, dokonała żywota przez sallekhanę.
– To znaczy, że popełniła samobójstwo?
– Nie, nie! Sallekhana to nie samobójstwo – powiedziała z naciskiem – To zupełnie co innego. Samobójstwo to wielki grzech, skutek rozpaczy. A sallekhama to triumf nad śmiercią, wyraz nadziei.

William Dalrymple, Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach, Wołowiec 2012.

Dziś to wspaniałe Święto. Święto Tożsamości Narodowej. Z czym wiąże się tożsamość? Z tym co każdy nosi w swoich trzewiach. Trochę śluzu i formującego się kału. Gdyby nie to, nie byłbyś Polakiem. Gdyby nie to, nie byłbyś katolikiem. Gdyby nie to nie miałbyś nic do powiedzenia swoją znakomitą mową ojczystą. Milczałbyś, bo nie widziałbyś różnicy różniącej cię od innych. Ale ty jesteś tutaj, na swoim miejscu pracy. Karkołomnej, której celu nie widać, nie przynoszącej satysfakcji. To kopanie w ziemi. Rozgryzanie ziarenek piasku. Oto na czym polega twoja praca. Gdy uznasz, że podzielonego ziarnka, już bardziej nie da się rozdrobnić, odpoczniesz. Kochaj, więc to, co lubisz. Rozdrabniaj.

 

Bin ich ein Faschist? przekręcone

Mój ojciec, dobry pracownik biurowy kolei, uważał, że zabito “ich” o kilku za dużo. Mówił to bez emocji. Uczucia, a więc łzy wywoływały w nim opowieści o rosyjskich partyzantach strzelających z ukrycia do dobrych niemieckich żołnierzy. W wywiadzie udzielonym Jesusowi Ruizowi Mantilli Littel mówi: “Ciagle jeszcze wydaje mi się dziwne, że w ciałach morderców mimo wszystko jest miejsce dla miłości do własnych dzieci, do rodziny – a potem znów torturują takich samych jak oni i dzieci takich samych jak oni”. Ta zagadka była jednym z głównych powodów, dla których na pięć lat zanurzyłem się w odmęty niemieckiego “pisarstwa” faszystowskiego. Zostałem wychowany przez “umiarkowanych” antysemitów i zajadłych wrogów Rosjan, którzy równocześnie poświęcali swoje siły życiowe trosce o sześcioro dzieci, rezygnując z luksusu, komfortu i wyjazdów urlopowych, nie pozwalając sobie dosłownie na nic, z wyjątkiem wielkich świąt rodzinnych. Nie byli to też po prostu ludzie podstępni, nie troszczyli się, matka śpiewała przy codziennej pracy piosenki z całego niemieckiego repertuaru; byli “dobroduszni”. Ale dla tego, co “wegetariańskie”, nie było w ich dobrej duszy ani skrawka miejsca, nawet długo po wojnie. Co za szaleńcy! Jak mogliśmy żyć, nie zastanawiając się w ogóle, jak psychofizyczne funkcjonowali ci ludzie. Żyć jako dzieci takich rodziców? I co z tego tkwi, przepraszam bardzo w nas samych? Do dziś jest dla mnie niezrozumiałe, dlaczego wszystkie dzieci z mojego pokolenia nie zostały psychoanalitykami.
Na przykładzie ojca i jego otoczenia widziałem, że “ideologicznie” nie byli nazistami, “intelektualnie” nie byli zdolni do bezmyślnego powtarzania nazistowskich bzdur ani do ich obrony. Byli nazistami cieleśnie, części ich cielesności wymagały “eksterminacji” innych oraz odmiennego życia. Sami mogliśmy się tacy stać, gdy wychowujący nas rodzice wybuchali gniewem, który włączył nas w zagrożenie śmiercią. I wciąż mówił o własnej “wyższej kulturze”. Jak to się działo?
z posłowia Klausa Theweleita do książki Jonathana Littella Suche i wilgotne