polityczna poprawność, dlaczego segreguję

Pisanie wierszy to już zdecydowana przeszłość. Słowa zapisane to słowa niewypowiedziane [w momencie pisania]. Słowa skazane na zapomnienie. Niczego więc nie zapisuję. Po co miałbym to robić. Słowo zapisane nie ma w ogóle znaczenia, nie ma swego brzmienia. Jakie więc znaczenie ma powrót. Czy warto by wracać do tego, co pozostało, ale co pozostało tylko w archiwum. To oczywiste kłamstwo, że niczego nie zapisuję. Ciągle nie mogę przed tym się powstrzymać. Nie wiem tylko po co zapisuję – o tym czytałem we fragmencie Mal d’Archive Derridy w przekładzie Adama Dziadka. Że nie wiadomo po co jest archiwum. Jak więc je obsługiwać – czy składać wszystkie zapisane kartki w jedno miejsce czy też być mogłoby, żeby je jakoś segregować. Więc może segregować, lecz dopiero gdy upłynie czas od momentu złożenia w jedno miejsce. Czy warto więc później sięgać po tamte kartki – i jaki mieć do tego stosunek? Czy robić to tylko sentymentu czy może, żeby tylko segregować? Czy przypominać sobie różne zdarzenia związane z kartką papieru czy tylko segregować? To nie do uniknięcia. Kto mógłby tylko segregować. Czy jest ktoś taki? Gdzie szukać kogoś, kto nie ma żadnych sentymentów? Kim byłby czy byłoby? Nie wydaje się, żeby Bóg, o którym mówią, był taki. Więc gdzie to jest, czym teraz zajmuje się mój umysł. Gdzie ja znajduję siebie. Czy ja jestem taki, że mógłbym tylko segregować? O! pamiętam, gdy wiele razy tak się czułem. Lecz gdy już wiedziałem, że bywało również tak, że segregowałem z sentymentem, nie myślałem źle o bezwzględnej segregacji. Więc nie ma tego, kto tylko segreguje? Bywa czasami – lecz nie pozostaje na długo.

– Na tym etapie życia potrzebujemy towarzystwa – rzekła – Rozumie pan, towarzysza, z którym możemy dzielić przemyślenia i uczucia. Gdy Prajogamati opuściła ciało, poczułam się strasznie samotna. W istocie czuję się tak do dzisiaj. Jednak jej czas był wyznaczony. Gdy zachorowała, najpierw na gruźlicę, potem na malarię, cierpiała tak bardzo, że postanowiła dokonać aktu sallekhany, choć miała tylko trzydzieści sześć lat.
– Sallekhany?
– To rytualny post prowadzący do śmierci. My, dźinisci, uważamy go za ukoronowanie życia w ascezie. Oto, do czego wszyscy dążymy i co staramy się osiągnąć jako najlepszą drogę do nirwany. Nie tylko mniszki; nawet moja babcia, osoba świecka, dokonała żywota przez sallekhanę.
– To znaczy, że popełniła samobójstwo?
– Nie, nie! Sallekhana to nie samobójstwo – powiedziała z naciskiem – To zupełnie co innego. Samobójstwo to wielki grzech, skutek rozpaczy. A sallekhama to triumf nad śmiercią, wyraz nadziei.

William Dalrymple, Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach, Wołowiec 2012.

Dziś to wspaniałe Święto. Święto Tożsamości Narodowej. Z czym wiąże się tożsamość? Z tym co każdy nosi w swoich trzewiach. Trochę śluzu i formującego się kału. Gdyby nie to, nie byłbyś Polakiem. Gdyby nie to, nie byłbyś katolikiem. Gdyby nie to nie miałbyś nic do powiedzenia swoją znakomitą mową ojczystą. Milczałbyś, bo nie widziałbyś różnicy różniącej cię od innych. Ale ty jesteś tutaj, na swoim miejscu pracy. Karkołomnej, której celu nie widać, nie przynoszącej satysfakcji. To kopanie w ziemi. Rozgryzanie ziarenek piasku. Oto na czym polega twoja praca. Gdy uznasz, że podzielonego ziarnka, już bardziej nie da się rozdrobnić, odpoczniesz. Kochaj, więc to, co lubisz. Rozdrabniaj.

Bin ich ein Faschist? przekręcone

Mój ojciec, dobry pracownik biurowy kolei, uważał, że zabito “ich” o kilku za dużo. Mówił to bez emocji. Uczucia, a więc łzy wywoływały w nim opowieści o rosyjskich partyzantach strzelających z ukrycia do dobrych niemieckich żołnierzy. W wywiadzie udzielonym Jesusowi Ruizowi Mantilli Littel mówi: “Ciagle jeszcze wydaje mi się dziwne, że w ciałach morderców mimo wszystko jest miejsce dla miłości do własnych dzieci, do rodziny – a potem znów torturują takich samych jak oni i dzieci takich samych jak oni”. Ta zagadka była jednym z głównych powodów, dla których na pięć lat zanurzyłem się w odmęty niemieckiego “pisarstwa” faszystowskiego. Zostałem wychowany przez “umiarkowanych” antysemitów i zajadłych wrogów Rosjan, którzy równocześnie poświęcali swoje siły życiowe trosce o sześcioro dzieci, rezygnując z luksusu, komfortu i wyjazdów urlopowych, nie pozwalając sobie dosłownie na nic, z wyjątkiem wielkich świąt rodzinnych. Nie byli to też po prostu ludzie podstępni, nie troszczyli się, matka śpiewała przy codziennej pracy piosenki z całego niemieckiego repertuaru; byli “dobroduszni”. Ale dla tego, co “wegetariańskie”, nie było w ich dobrej duszy ani skrawka miejsca, nawet długo po wojnie. Co za szaleńcy! Jak mogliśmy żyć, nie zastanawiając się w ogóle, jak psychofizyczne funkcjonowali ci ludzie. Żyć jako dzieci takich rodziców? I co z tego tkwi, przepraszam bardzo w nas samych? Do dziś jest dla mnie niezrozumiałe, dlaczego wszystkie dzieci z mojego pokolenia nie zostały psychoanalitykami.
Na przykładzie ojca i jego otoczenia widziałem, że “ideologicznie” nie byli nazistami, “intelektualnie” nie byli zdolni do bezmyślnego powtarzania nazistowskich bzdur ani do ich obrony. Byli nazistami cieleśnie, części ich cielesności wymagały “eksterminacji” innych oraz odmiennego życia. Sami mogliśmy się tacy stać, gdy wychowujący nas rodzice wybuchali gniewem, który włączył nas w zagrożenie śmiercią. I wciąż mówił o własnej “wyższej kulturze”. Jak to się działo?
z posłowia Klausa Theweleita do książki Jonathana Littella Suche i wilgotne

spalony, zatopiony

Dlaczego oni płakali? Tego się nie dowiemy. dlaczego płakali lub śmiali się w swoich niedoświetlonych pomieszczeniach. Liczne i nieznane powody wprawiają nasz ciała w odrętwienie. Spływająca, lodowata woda sprawia, że pomimo odrętwienia, czujemy się częścią tego nowoczesnego paliwa. Gdzie zajdziemy, pijąc wodę. Spalając wodę. Paląc wodą w piecu. Istotne jest to, co łykamy i istotne jest to co, wydalamy naszą cewką moczową.
Czuliśmy się wtedy, jak w bajce, w której potwór połyka człowieka,a gdy go następnie wypluwa, człowiek staje się tysiąc razy piękniejszy.
Mircea Cartarescu, Wybrzeże wygnania. Tomis, Konstanca i Pontos Aksenos, w: Odessa transfer. Reportaże znad Morza Czarnego, Wołowiec 2009.

historia tożsamości

Historia nie jest zatem pozbawioną jakiegokolwiek spoiwa sumą wydarzeń, nie jest jednak także statycznym systemem, nienaruszoną i niemodyfikowalną subsatncjalnością; historia podlega ewolucji, a wraz z nią podlega ewolucji tożsamość uczestniczącego w niej solipsysty. Pożądanym efektem jest więc w tym wypadku dynamiczna narracja rozciągnięta w czasie, historia właśnie.

Grymas Baudelaire’a

Zrozumiał także nowe społeczeństwo; pojął mianowicie, że kultura XIX wieku jest kulturą mieszczańską i że wymyślanie widzowi i czytelnikowi od “burżua” jest to znieważanie samego siebie, wszyscy bowiem, którzy w tym wieku tworzą dobra kulturalne, przeznaczają je dla “burżua” i z konieczności sami się stają “burżua”. Zrozumiał więc, że nowa estetyka rodzi się w tych miejscach, gdzie stukają maszyny i wrzeszczą maklerzy – w zakopconych halach, krytych szklanymi dachami i ozdobionych gipsaturą; toteż na niego powołają się w przyszłości twórcy stylu secesyjnego, poszukujący dla nowej cywilizacji oryginalnej formy artystycznej.

(…)

Baudelaire doprawdy nie miał życiorysu! Jakże zazdrościł bogatego życia swemu bliźniakowi z wyboru – Edgarowi Poe! Nie wiedział, że tamten zełgał po prostu swoje przygody, a życie miał prawie tak smutne i skromne, jak Baudelaire. Baudelaire poza tym nie miał, jak twierdził, ani ambicji, ani przekonań. Tylko rozumiał wszystko. Był bowiem szalenie inteligentny. Jest to dar okropny, gdyż zmusza człowieka do jednoczesnego przenikania siebie i drugich, a to go pozbawia wszelkiej ofensywności. Grymas znużenia, zniechęcenia, goryczy, który stale malował się na jego twarzy i który przekazali nam jego portreciści oraz on sam w licznych autoportretach i autokarykaturach, był właśnie oznaką tego absolutnego zrozumienia siebie i drugich. Był to grymas duchowy. Gdy mówimy o osobliwym świetle Baudelaire’owskim, mamy na myśli właściwie mrok, cień padający na wszystko, co pisał, i na jego twarz. W naturze nie ma, oczywiście, światła, które byłoby mrokiem; jest tylko w świecie ułudy i zna jego tajemnicę każdy malarz i każdy mechanik teatralny. Bo w naturze w ogóle nic nie ma ciekawego ani pięknego, jak by powiedział nasz poeta…

ze wstępu Andrzeja Kijowskiego do Sztuki romantycznej Baudlaire’a, słowo/obraz terytoria, 2004

Spotkałem dziś dandysa. W bordowych spodniach, w sklepie z chlebem. ‘Nie ma pani wydać z 10 złotych?’ Pokazał 5 złotych jak ciało Chrystusa w kościele.. ‘A z 5?’ I kupił razowy chleb.
Wikipedia cytuje Baudelaire’a, który reprezentuje późniejszą, “metafizyczną” fazę dandyzmu. Według Baudelaire’a zorientowanie na wygląd dandysa jest symbolem jego wewnętrznej elegancji i wyjątkowości jego umysłu. Dla wiktoriańskiego pisarza Thomasa Carlyle’a jednak dandyzm to przede wszystkim noszenie ubrań: każda właściwość umysłu, nastroju, portfela, osobowości dandysa jest poświęcona temu jednemu – noszeniu ubrań, mądrze i dobrze. Carlyle pisze o tym w swym Sartorze Resartusie, czyli krawcu skrojonym na nowo.