Albiński: Soweto – my love

— Money – nagle usłyszał natarczywy głos. Obok niego wyrosło dwóch mężczyzn w granatowych drelichcach. Ten z lewej strony przyłożył mu nóż do żeber. Albert skupił się na wyglądzie noża. Było to ostrze krótkie, szerokie, owinięte w szmatę, nie wiadomo nawet, czy nie wlasnej roboty. Powoli odpiąl guzik z przodu koszuli. Zaszeleściło kilka banknotów, wręczył je właścicielowi noża. Spostrzegł, że drugi napastni też jest uzbrojony w nóż. Machali mu przed oczyma ostrzami.
— To wszystko, co masz? –  padło pytanie.
— Wszystko…
— I nie oszukujesz nas?
Precyzyjnym cięciem otworzyli mu kieszeń.
—  Kłamczuszek! A to co?
Pokazal duży banknot, a na ziemię posypało się kilka monet.
— Chciałeś nas oszukać… –  zawstydzali swoją ofiarę.

słuchaj tutaj

Tutaj, gdzie jesteśmy, gdziekolwiek to jest – nie ruszajmy z miejsca przez czas na tyle długi, aby wniknąć w czas i przestrzeń. Lepiej poznać i lepiej zrozumieć to miejsce i tą chwilę. Właśnie wtedy, gdy pochłania nas to, co przed i za nami. Nasza apokaliptyczna przeszłość.

Here and now we are, wherevere and whenevere it is – not let us go ahead until this time we feel the time and the space. Let us better know and let us better understand this place and this moment. Even if this what us consumes is in our past and our apocalyptic past.

Robert Bly, Żelazny Jan

Słabość współczesnej nuklearnej rodziny nie polega na tym, że jest ona zwariowana oraz pełna sprzeczności i dylematów /to dotyczy również komun i biur korporacji, a w istocie wszelkich grup/. Słabość ta zasadza się na tym, że starcy spoza nuklearnej rodziny nie mają już do zaoferowania synowi żadnego skutecznego sposobu zerwania z rodzicami, który byłby w miarę bezbolesny dla niego samego.
W dawnych społeczeństwach wierzono, że jedynie rytuał i wysiłek mogą uczynić z chłopca mężczyznę, że niezbędna jest “czynna interwencja starców”. /26/
Rewolucja przemysłowa, potrzebując rąk roboczych do fabryk i biur, oderwała ojców od ich synów i co więcej, umieściła tych ostatnich w obowiązkowych szkołach, w których uczyły przeważnie kobiety. D. H. Lawrence opisał, jak to wyglądało w szkicu Mężczyźni muszą pracować i kobiety też. Jego pokolenie w górniczych regionach UK odczuło na sobie siłę tej zmiany, a nowa postawa koncentrowała się wokół jednej idei: praca fizyczna jest złem. /32/
Liczba obrażeń odniesionych przez typowego mężczyznę jest zdumiewająca. Przekonałem się o tym pewnego dnia w San Francisco, kiedy to w dużej Sali zebrało się kilkuset mężczyzn. Jeden z wykładowców, Doug van Koss, przyniósł dwa lub trzy tysiące pasków czerwonego materiału i poprosił, aby każdy z mężczyzn przypiął lub zawiązał czerwoną wstążkę na każdej części ciała poszkodowanej w jakiś sposób, zaznaczając ślad czy po ciętej ranie, czy po złamanej kości, czy po ciosie nożem itd.Wielu mężczyzn potrzebowało dziesięciu lub więcej wstążek. U niektórych cała prawa strona ciała, od głowy po kostki u nóg, lśniła czerwienią; u innych czerwień niemal zakrywała głowę; u jeszcze innych – zarówno ręce, jak i nogi. Po zakończeniu ćwiczeń sala przekształcała się w morze czerwieni. /42/–  zawstydzali swoją ofiarę.

Pieśń [Acz mnie twa droga, miła, barzo boli] należy do gatunku okolicznościowej poezji przedstawiającej rozstanie. Traktowana jako propemtikon, opowiada o rozstaniu, więcej uwagi poświęcając odjeżdżającemu, bliskiej osobie, ale „bliskością niemiłosną”[1]. Jan Błoński traktuje Pieśń VI jako ostrzeżenie przed niebezpieczeństwami związanymi z chęcią poznawania świata, czego unaocznieniem miałby być opowiedziany mit[2]. Możliwe jest, że ów odjazd był tylko pretekstem do opowiedzenia mitu, ale możliwe jest również, że należał do rzeczywistego zdarzenia z osobistego życia poety i był pożegnaniem z opuszczającą poetę kochanką[3].

 

[1] Jan Kochanowski. Interpretacje, red. J. Błoński, Kraków 1989, s. 63.
[2] Por. tamże.

[3] Por. W. Floryan, dz. cyt., s. 30.

Według słownikowej definicji rampa to „pomost z desek (…), sztuczny nasyp (…) umożliwiający przeładunek towarów”[1]. „Przeładunek towarów” to jakby samonapędzający się twór interpretacji: gdy odczytamy część, strukturę, warstwę tekstu, ta wywołuje w nas pewien oddźwięk, który znów odsyła nas do tekstu. Więc to jest staigerowski krąg hermeneutyczny, hermeneutischer Zirkel, o którym wspomina Sławiński[2].

[1] Mały Słownik Języka Polskiego, red. S. Skorupka, Warszawa 1969.

[2] Sławiński J., O problemach sztuki interpretacji, [w:] Tegoż, Dzieło – język – tradycja, Kraków 1998, s. 154.

Msze powinni pisywać raczej ateiści niż katolicy. Wydaje się, że katolik nigdy nie wzniesie się ponad pewną banalność. Szczególnie widać to u Kilara. Obawiam się, że jego Missa pro pace nie wznosi się ponad kanon chorału gregoriańskiego. Dotyczy to jedynie Credo.

Sanctus jest dość słodkawe, różne od chorału. Taka słodkawość wzbudza zainteresowanie. Jej mdłość, bardzo nieznaczna.

Rzeczywiście Sanctusjest ciekawe, lecz Credo nie do zniesienia.

Sanctus pobudza. Wzbudza tęsknotę.

Agnus Dei

 

Dona nobis pacem – wielokrotnie w różnym rytmie, pod koniec wydłużone coraz bardziej, wciągające.

Gdy siedzisz w kawiarni, ogarnia cię wyzwolenie. Ponieważ siedzisz sam, pijąc herbatę, ogarnia cię wyzwolenie. Słuchasz wielu głosów, gdy w kawiarni jest wielu ludzi. Niektórych słyszysz lepiej: wiesz o czym mówią; niektórych gorzej słyszysz tylko strzępy pojedynczych słów.

Tam, gdzie jest wiele ludzi, przepływ myśli jest tak ogromny, że ty nie musisz już nic myśleć.

Myśli innych ludzi dają ci ogromną siłę.

Nieważne, co myślę: nie myślę pewnie nic mądrego, nie myślę czegoś zbyt banalnego.

Teraz możesz być taki, jak oni. Gdy przestajesz myśleć  w miejscu, gdzie pada wiele słów, w tobie nic się nie zmienia.

 

Jest to bardziej korzystna sytuacja dla ciebie, bo widzisz, że gdy ty przestajesz myśleć, następuje przesunięcie równowagi. A raczej równowaga zostaje zachowana. Równowaga ilości myślenia, równowaga energii myślenia.

Byłem wczoraj na Dziennikach motocyklowych. Myślę, że ten obraz bardzo mocno zmieni moje życie. Oto dojrzałem, że przemiana życia dokonuje się jedynie w łączności z innymi ludźmi. A jednak bez nich, na dnie serca. Relacje, które łączą mnie z innymi ludźmi zawsze istnieją, a ich istota polega na sieci powiązań, których nie da się zerwać. To tam, na dnie serca, dzieje się to, co ważne. To, co na zewnątrz nie jest już na zewnątrz, lecz w środku, a środek staje się zewnętrzny.

 

Błogosławieństwo podróży dla niej samej jedynie wtedy jest możliwe, kiedy celem staje się przemiana życia. Staje się, bo nikt nie podróżuje dla przemiany, ta sama przychodzi w czasie, który wybiera. Wtedy przychodzi wzruszenie i nieznany cel. Cierpliwość, która pozwala podróżować, otwiera na to, co nowe i nieznane, odwieczne i pochodzące z głębi wyobraźni. Cierpliwość pozwala otworzyć nowe katalogi i gromadzić niezliczone nazwy i słowa, doświadczenia. Choć wydaje się, że katalogowanie jest zimne i alienujące, to ono pozwala wyobraźni znaleźć to, co łączy cały katalog, jego istotę, klucz otwierający wiele drzwi.
Jem solone orzeszki ziemne. Nie są zbyt dobrej jakości, raczej kiepskie, z brytyjskiej czy angielskiej sieci sklepów (nie chcę jej oczerniać). A mam tak delikatne wargi, że one wręcz parzą moje usta. Tak jakbym wkładał między moje wargi kamyki pokryte zawiesiną kwasu.

 

Gdy wczoraj podniosłem zużytą łuskę po leku, bardzo płytko przeciąłem się między dwoma zgięciami na wskazującym palcu – wzdłuż – gdy otworzę przed sobą rękę nacięcie jest skierowane lekko w lewo. Piecze mnie… POWINIENEM brać tłustawe, solone orzeszki, palcami, które trzymają długopis, pisząc i przewracając kartkę, dotykają jej.

http://goo.gl/dGBRP3

A kiedy zobaczycie obrzydliwość spustoszenia tam, gdzie jej być nie powinno – kto czyta, niech rozumie! – wtedy ci z Judei niech uciekną w góry; a kto [będzie] na tarasie, niech nie schodzi, ani niech nie wchodzi, by cokolwiek zabrać ze swojego domu.