Edward Balcerzan przygotowując przed paru laty wydanie utworów Jasieńskiego w Bibliotece Narodowej, wskazał na pewną ich interpunkcyjną osobliwość, polegającą na tym, że znaki przestankowe nie leżą bezpośrednio po poprzedzjącym je wyrazie, lecz oddzielone są od niego małą przerwą, “światłem”. Jest więc u Jasieńskiego: panny . służące . prostytutki . – zamiast panny. służące. prostytutki. Otóż spostrzeżenie to nie wydaje się trafne. Takie “światło” między słowem a znakiem interpunkcyjnym można zauważyć w znacznej części druków dwudziestolecia. Mamy tu do czynienia nie z drobną lecz znaczącą decyzją typograficzną poety, ale z pospolitą cechą ówczesnego składu drukarskiego.

Antologia polskiego futuryzmu i Nowej Sztuki, Wrpcław 1978, s. CXXI.
Żeby brzydko się ubrać, również należy temu poświęcić chwilę. Nie jest łatwe ubranie się bez gustu, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna mój ubiór za całkiem, całkiem udany. To nie tylko kwestia tego, co można uznać za stosowne, ale również tego, co można uznać za odpowiednie dla naszego nastroju. Jeśli mój nastrój jest chwiejny i czuję, że chciałbym kogoś sprowokować, ubiorę się właśnie tak, jak myśli się o kimś ubranym bez gustu. Dobiorę części ubrania tak, żeby do siebie nie pasowały lub wywoływały zdecydowany kontrast. Kontrast z innymi częściami ubrania lub by były nieodpowiednie do miejsca, gdzie się wybieram.
Zupełnie ciebie nie potrzebuję. Lubię siedzieć teraz w czytelni i czytać książkę. Lubię gdy ona ma duże okna i mogę oglądać twarze ludzi, którzy idą w swoim kierunku. Lubię to gdy słońce i wcześniej padał deszcz, lecz wzrosło już ciśnienie i głowa znów pełna jest. Jest tutaj cicho, lecz nie nudzę się gdy pochylam głowę nad stołem. Kręgosłup niezbyt mnie boli, a ty siedzisz na ławce w parku. O, znów się pojawiłeś na tej stronie. Chyba już nigdy stąd nie odejdziesz. Gdybym był teraz na ławce w parku, co robilibyśmy. Czy patrzymy na ludzi, którzy chodzą po parku. Tak, lecz jest ich tak mało, gdyż to środek tygodnia. Dzień zmienia się i słowa odchodzą. Lecz gdy wrócą będą nowe i narodzone. Lubię myśleć o słowach i ich obramowaniach. Jego ramy to ich litery na kartce. Zielona kartka jest doskonałym schronieniem dla twoich ram. Zielone ramy dostrzegłeś na kartce, lecz nie nadążysz za obramowaniem. Bramą bowiem do słów nie jest wtłaczanie ich w ramy, lecz obramowanie ich swoim ramieniem. Nie pisz grubym flamastrem, który nawet jeśli zielony będzie widoczny na zielonej kartce. To nie uchroni przed zniszczeniem twojej zielonej kartki. Lecz nie łudź się, ług nie zmieni koloru twojej kartki, lecz jedynie wyłudzi z niej twoje [niepotrzebne] słowa. Nie łudź się, że twoje zielone słowa odnajdą swe bramy i obramowania na białej kartce. Biała kartka to kartka, na której piszesz, gdy chcesz żeby drugi człowiek przeczytał twoje słowa. Pamiętaj, że biała kartka zwróci uwagę drugiego człowieka, tym bardziej jeśli nie będzie na niej wiele słów, a miękki ołówek lub twardy rysowniczy węgiel będą w pobliżu.

timeless countryside

Marek Dykta/John Abercrombie Duo (Pl/USA)

22 kwietnia 2009, ChCK
Był to smutny koncert. Myślałem, że może umarł ktoś tak mało ważny i tak niewielu ludzi przyszło na jego pogrzeb. Nie było to jednak ostatnie pożegnanie, lecz powitanie. To było jak dość długa podróż po jednej z tych potężnych amerykańskich dróg, które wiodą przez cały kraj. Ogromny samochód zbliżał się do gór. Ciemne skały sprawiały, że pomarańczowe słońce nasilało fiolet cienia. Fioletowa łuna była jak opatrunek dla każdej skały. A biegliśmy wzdłuż opatrunku, którym były napięte struny gitar. Napięte, ciemne dźwięki miękły i jeśli początek koncertu był mdławo miękki, koniec był taki jeszcze bardziej. Muzyka ciągnęła się i ciągnęła, a napięcie strun malało.

Widok na Zion Canyon

John Abercrombie, Timeless (1974, ECM)

fizyka z matematyką

Pisaliśmy wtedy przygnębiające opowiadania. Ale ich smutek nie pochodził od nas – pochodził z wnętrza ziemi. Był zatem przez nas jedynie opisywany i choć dotykała nas jego aura, byliśmy zdystansowani.
To było tak, gdy ogląda się zawody sportowe. Faktycznie, emocje są dość silne, ale to nie my walczymy o puchar. Potrafimy krzyczeć z radości tylko dlatego, że – według pewnych zasad – wybrana drużyna zdobyła zwycięstwo. Podobne emocje, tylko o przeciwnym biegunie odczuwają kibice drużyny przegranej. choć siła tych emocji jest jednakowa, objawy są diametralnie różne.
Zdumienie więc wywołuje w nas kibic przegranej drużyny, który się śmieje. A on po prostu mieszka w naszej dzielnicy.

będąc własnym sąsiadem

Gdy szedłem dziś ulicą zastanawiałem się nad tym czy mój sąsiad, taki niski typek, czyta wieczorem książki. Nie, nie czułbym się zaskoczony – ale jestem ciekawy czy to w ogóle możliwe. Zatem – szczerze powiedziawszy – byłbym bardzo zdziwiony widząc go wieczorem w fotelu czytającego. Z podłogową lampa u boku. Lub może w łóżku, u boku swojej żony zaczytującego się w gazecie. Bardziej może spodziewałbym się tego, że może śpią na gazetach lub palą w piecu książkami – co już w ogóle nie jest możliwe – nie mają pieca.
Jaki jest ten sąsiad – ten niski typek? Nie ulega wątpliwości, że gdyby był choć trochę wyższy, nie byłby taki komiczny. Jak to jest – czy nagle wybiega z domu, od stołu, sprzed telewizora – leci gdzieś coś załatwić. najpewniej do pomocy społecznej. Czy sam także czuje swój komizm?

8’53

Postanowił podejść do tego systematycznie. Zacząć pisać tak, żeby móc spodziewać się efektu w odpowiednim czasie. Efektu, który nie będzie zaskoczeniem ani dla niego, ani dla najbliższych (gdy tylko poinformuje ich o tym, że zaczął pisać). Chciał osiągnąć taki efekt, który nie będzie zaskoczeniem również w sensie artystycznym. Zatem nie spodziewał się niczego, co mogłoby go zaskoczyć. Czego mógłby spodziewać się po systematycznej pracy, tym bardziej, że była to praca nad czymś tak nieokreślonym jak ruchy ręki z piórem po papierze, z piórem pomiędzy kciukiem i dwoma innymi palcami. nie spodziewał się – i słusznie – żeby te trzy palce, które współzawodnicząc współpracowały ze sobą mogły go zaprowadzić tam, gdzie jest zaskoczenie.

Po trochy oczywiście liczył, że to coś zaskoczy – taka systematyczna praca i – gdy będzie już systematycznie ćwiczył swoje ruchy nad kartką – znajdzie czas, żeby rzeczywiście pisać.
Był to człowiek tego rodzaju, że dla małego sukcesu (bo niczego więcej nie oczekiwał – żeby tylko napisać coś na tyle zabawnego, co będzie można czytać przy starym, dobrym jazzie – nie, nie hip-hopie, którego tak bardzo się obawiał) wystarczy – myślał – odrobina regularności i pchnięcie w kierunku siły grawitacji.
5:03:1
Dziś obróciło się przeciwko mnie. Gdy tylko wstałem. było zbyt późno. Żeby tam podejść, którędy to zobaczyć lub pomyśleć, że tędy wiedzie ta zielona droga, która wiedzie dotąd lub którędy. Oj oj o która to godzina była tego dnia, że zobaczyliśmy te różne kolory tego dnia: białe i niebieskie. Białe i żółte. Żółty to kolor, który najbardziej lubię. Kolor, który wydaje się najbardziej udany. Wtedy, gdy jestem tutaj i widzę to. Taki już jest ten zielony kwiatek. Oj oj, biały i niebieski. Żeby tylko to zobaczyć.
To ciągle zbyt mało, moje biegnące myśli. Biegną gdzieś w zupełnie innym miejscu. Nie dotyczą czegokolwiek, a tylko zielonej trawy. Żółtej! żółtej!, oni wołają. Lecz tylko teraz, gdy w moim uchu jest słuchawka. Jeszcze tylko tle czasu, tylko! tylko!, żeby napisać to.