Ἐφφαθά: wyszedłam z ust Najwyższego

 

(…)

linijka, wskaźnik do mapy, kij od miotły, / gumowy wąż do gazu z pracowni fizycznej, / pejcz wyplatany z kolorowych żyłek / przez śliczną polonistkę nawet w trakcie lekcji, / każdy miał swój atrybut, niektórzy styl, / celny rzut kredą, a w furii pękiem kluczy, / lecz to domena wyćwiczonych myśliwych, / innym pozostawał dziennik albo zeszyt / którym najłatwiej zdzielić w łeb

Pożółklą kartkę z tym niedokończonym zapiskiem znalazłem niedawno w rodzinnym domu, w starach szpargałach, a tuż obok dostrzegłem jeszcze jeden fragment:

charki, fleki, flyje, / griny, zielone, / plucie lizanie, smarkanie / wszystko lepkie od śliny, / ślina ślina ślina

Przeczytałem i oniemiałem – oczywiśćie, to jest moje, ale jakbym znał to skądinąd; przecież gdzieś to już czytałem, nawet domyślam się, gdzie. I znalazłem:

‘Ślina. Plwociny, charki, griny, gluty. Szkoła była ich przytułkiem. Śliną znaczono w niej terytoria, śliną się porozumiewano, śliną wyznawano miłość i pogardę.

Pluto, pluliśmy. Nauczono mnie pluć. Zanim po raz pierwszy napluto na mnie, jednego z pierwszych dni szkolnych w ogóle, zobaczyłem, jak się rozmawia, plując’.

(…) wyssałem z pamięci i z głębi własnych ślinianek.

(…) W końcu jego miłość powstawała w sąsiedztwie, więc może coś uroniłem, niebacznie kręcąc się setki razy po tych samych ulicach i placach Chorzowa, oglądając z balkonu jego zaplutą szkołę?

(C) Nawarecki, A. (2011). Lajerman. Gdańsk: Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria.