prochy przodków [Cocteau]

W roku 1915 nasza żądza przygód doprowadziła w efekcie do zorganizowania najbardziej chyba zabawnego ze wszystkich konwoju Czerwonego Krzyża. 

Pewnej nocy w R. padał deszcz; całe podwórze farmy pławiło się w ulewie. Jego cuchnącą przestrzeń, nawet gnojowisko i bydlęce żłoby, wypełniali leżący, ciężko ranni jeńcy; stał tu również ich jeniecki ambulans. 

I oto w jakimś ponurym zakątku, pełnym drabin, rupieci i mroku, ujrzałem następującą scenę: Syn pani R. jedenastoletni skaut, zdołał ukryć się w ambulansie, a później poszedł za nami i teraz – przykucnąwszy w świetle latarni, zbrojny w nożyczki do paznokci, przygryzając koniuszek języka i groźnie marszcząc brwi – nazbyt zajęty, aby móc mnie spostrzec – obcinał guziki od munduru niemieckiemu oficerowi, któremu amputowano nogę. A ranny przyglądał się tylko szeroko otwartymi, nieruchomymi oczyma posągu manipulacjom małego okrutnika, który – jak gdyby nigdy nic, kontynuował swoje żniwo pamiątek.