Mane, tekel, fares

Dobrze się jechało samej, kiedy chciałam zostać gdzieś dłużej zostawałam, wychodziłam w góry pomimo padającego deszczu, jadłam, kiedy byłam głodna i co chciałam, nie szukałam knajpy, która będzie pasować wszystkim, kiedy chciałam coś robić, robiłam to nie mając wyrzutów, że ten drugi robi to tylko dllatego, że ja tak chcę.. Frajdę dawało poczucie, że muszę sobie poradzić sama ze wszystkim. Tubylcy zaczepiali mnie, bo są śmielsi wobec osoby, która jest sama.

Za noclegi płaciłam fortunę, bo rzadko udało się znaleźć kogoś do wspólnego mieszkania; nie było mnie stać na dotarcie do iluś miejsc – nie miałam pieniędzy na przewodnika, nie znalazłam kogoś do wynajęcia wspólnego transportu.

Nie miałam z kim zostawić plecaka, żeby szukać noclegu.

Czasem nie chciało mi się decydować, gdzie jechać dalej.

Wyjechałam sama, bo żaden ze znajomych nie planował sześciomiesięcznego urlopu, w ogóle urlopu w tamtej części świata. Czytałam dyskusje na forach o tym, żeby jechać dokądkolwiek, w jakikolwiek sposób. Nawiązałam znajomość z jedną osobą, zaplanowałam część podróży z nią, nie mając potem tego jak odkręcić, gdy ona zmieniła plany, nie pojechała.

Dziś wydaje mi się, że aby znaleźć towarzysza podróży na pół roku, trzeba mieć niebywałe szczęście albo cierpliwość świętego.

I taka sama pojechałam do Azji – kierunek jest tani i dość bezpieczny.

Marzena Filipczak, Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet – spisane, jak czytała Maria Peszek