zielone piekło

Nareszcie! Bagaże mam spakowane; ważą więcej, i to sporo więcej, niż dwadzieścia pięć kilo, do których postanowiłem się ograniczyć w tej wyprawie. Nie ma mowy, żebym zdołał przejść prawie x kilometrów z takim ciężarem na plecach. Et!… wszystko, co zbędne, zostawię. Tylko co tu zbędnego?
Polowałem dwie godziny. Bez skutku. Trudno! Znalazłem tylko ingę albo „święty groch”, jedną jedyną, niestety, bo puszcza skąpo szafuje swymi owocami. Ten jest wyśmienity. Inga to długi brunatny strąk pełen przypalonego miodu i małych gorzkich migdałów. Mrówki umieściły już w nim swój garnizon; szybko je przepędziłem; mój zachłannie wylizujący język nic im nie zostawi.

Bean of an Inga-species, bought at the market in Rotterdam

Dariusz Rosiak pisząc o książce Teda Conovera: o emocjach związanych z pokonywaniem dystansu.