Mariusz Wilk: bania to druga mać

W ruskiej bani bywa tyle pary, że czasem trudno cokolwiek tam dojrzeć – rzeczy wyłaniają się znienacka, z kłębów wilgoci: to twarz, to zad, to miednica czyjaś… Kiedyś był na Wyspach mój przyjaciel z Polski. Reporter-fotograf. Był krótko, zaledwie tydzień (za to pstrykał wiele!), raz zatem zdążył bani popróbować, bo bania sołowiecka jest raz w tygdoniu: w piątki dla kobiet, w soboty dla mężczyzn. Mój przyjaciel wrócił z bani pod wielkim wrażeniem i od progu jął opowiadać, co mu się tam przywidziało, a przywidzieć mogło się sporo, bo pamiętam swój “pierwszy raz”, kiedy para i mat zagęszczały pole widzenia, a brzęk stakanów w tumanie parni urastał do znamion uczty. Mój przyjaciel długo nie mógł przyjść do siebie, że nie wziął tam aparatu, bo raptem, zdaje się pojął, dlaczego Swidrygajłow mówił o wieczności jako wiejskiej bani z pająkami po kątach. Niestety, polski reporter w bani na Wyspach tylko rzeczy dojrzał – typy śmieszne, kawałki jakiegoś świata, szczegóły, których w żaden sposón nie potrafił złożyć w całość, by rzeczywsitość zobaczyć, a przy okazji siebie, w niej.