Filioque, Sándor Márai, Amos Oz

Wartości, które archiwizuje Pelikan, wywiódł z innych źródeł. Nie całował, nie, nie całował Alony Frankel w rękę. Nawrócenie Świętego Januarego nastąpiło szybciej niż się spodziewał, czeka teraz na sierpniowy wyjazd rowerowy do Hippony.

Na wierzchu skrzynki zainstalowanej na trójkołowym rowerze, pomiędzy laurowymi liśćmi i cytrynami, gustownie umieszcza swój towar, flaki – rozcięty na dwoje żołądek owcy i kozy – i nożem o krótkim ostrzu bardzo zręcznie kraje na kawałki świeże trzewia, na które wyciska cytrynę, i tak podaje smakowite kęsy klientom, którzy w ten sam sposób, na miejscu, bez chleba, zjadają to gąbczaste łyko. Ten człowiek jest komunistą. Nie wierzy w żadne inne zbawienie, oprócz tego, które obiecują w Moskwie

Luksusowe więzienie, w którym mieszka, wcale nie jest takie doskonałe. Nie ma tu miejsca na szum morza i widok gór. Sikać należy pod prysznicem. Obiad można jeść o dowolnej porze. Czytać w toalecie. Nie wieszać prania na krześle na balkonie.

O siódmej wieczorem siedzi na balkonie swojego mieszkania na trzecim piętrze, patrzy, jak gaśnie dzień, i czeka: co obiecują ostatnie promienie światła, a co zdołają przynieść?
Przed sobą ma puste podwórze, a na nim skrawek trawnika, oleandry, ławkę i zaniedbaną altanę z bugenwilli. Podwórze kończy się kamienną ścianą, w której widoczny jest zarys zamurowanego wejścia. Kamienie w wypełnieniu są nowsze, jaśniejsze, wydają mu się teraz nieco lżejsze niż pierwotny budulec. Zza muru wyrastają dwa cyprysy. W wieczornym świetle nie są zielone, lecz czarne. Dalej rozpościerają się nagie wzgórza: tam jest pustynia. Tam wzbija się czasem szary tuman, chwilę drży, przegina się, rwie i słabnie. By wrócić w innym miejscu.
Niebo szarzeje. Chmury płyną spokojnie. Jedna z nich odbija słabo blask zachodzącego słońca. Z balkonu nie widać zachodu. Ptaszek na murku jest tak poruszony, jakby nie mógł pomieścić w sobie tego, co właśnie usłyszał. A ty?
Spływa noc. W miasteczku zapalają się lampy uliczne i światła w oknach, porozdzielane ciemnością. Wiatr nasila się i przynosi zapach ognisk i kurzu. W księżycowej poświacie wzgórza przyoblekają maskę śmierci, przestają być sobą, są tylko cichymi tonami. To miejsce to koniec świata. Nie jest mu tutaj źle: już zrobił, co mógł, teraz czeka.