O chromosomach dresiarzy.

 

Dżesika co rusz odkrywała zapomniane magazyny pełne krzeseł, zepsutych lamp i operacyjnych łóżek. W nocy wymarłe korytarze  niskie i długie, jak w schronie, oświetlało trupie światło neonówek. W tym labiryncie trudno było nie zabłądzić. Można oczywiście słuchać białych ewakuacyjnych strzałek na zielonych tabliczkach, ale wtedy zabłądzi się najszybciej, bo strzałki mylą trop i wskazują sprzeczne kierunki. Prędzej czy później Dżesika natykała się na strzałkę wskazującą do­kładnie odwrotny kierunek. Wiele szklanych drzwi prowadzących z oddziałów na schody było pozamykanych na łańcuchy, które wydawały niegościnny dźwięk. Na parterze zamknię­ty kiosk dla chorych oferował najbardziej banalne produkty, takie jak karty telefoniczne, soczki albo numery pisma „Detektyw”, aby pacjenci nie nudzili się i oczekiwanie na śmierć własną skracali sobie czytaniem o śmierci cudzej.

Większość polityków, i słusznie, odcięła się również od agresywnych młodych ludzi zaczepiających ochroniarzy i prócz politycznych wykrzykujących wulgarne hasła.

Dżesika była dresiarzem, ale nie wykładała staro-cerkiewno-słowiańskiego.