Stało się to, czego często obawiałem się obcując z książkami, przepisując z nich. Ułamał się grzbiet, gdy otwierałem ją. Taką czerwoną książkę. Wobec czego, nie mam już nic do dodania, mogę ująć to w słowa Pawła Smoleńskiego.

Czasami dosiądą się jacyś znajomi. Opowiadają o karierach i o bankietach, o nowej pracy i nowych partnerach, o Nowym Jorku, gdzie 47 ulica tak bardzo przypomina Mea Szerim i że w tym roku na telawiwskich plażach najwięcej jest Francuzów. Pytają Beniego, jak idzie pisanie. Odpowiada kwaśno, że jak zwykle.
Minie kilka kwadransów i kilka kolejek; zaczynają śmiać się ciut za głośno, stają się bardziej frywolni. Beni próbuje dotrzymać im kroku i jak zwykle odpada. Nikt nie zwróci na to uwagi.
Ale to Maria pierwsza wyjdzie z baru. Powie, że nie może wytrzymać tej chodzącej, ponurej dobroci Beniego. I że nigdy nie zrozumie, jak można tak bardzo siebie nie lubić.

Paweł Smoleński, Izrael już nie frunie, Wołowiec 2006.