Moja niezrealizowana pasja z dzieciństwa znowu dała o sobie znać. Chodzi mi oczywiście o przymus przepisywania. Przepisuję więc, co następuje:

Liżąc rany i wracając do siebie z otchłani całkowitego wyczerpania, Stach zatrzymuje się na tydzień lub dwa w górskim klasztorze braci redemptorystów w  pobliżu granicy słowackiej. Przeorem klasztoru był niejaki ojciec Remigiusz, w niedawnej przeszłości osunięty z Politechniki Lwowskiej za utworzenie na raz trzech tajnych stowarzyszeń o różnej orientacji. Perfecki znał go trochę jeszcze ze Lwowa (wspólne uczestnictwo w protestacjach w 1990 roku), ale dopiero tu, w spokojnej głuszy październikowych tatrzańskich lasów, zbliżyli się duchowo i zaprzyjaźnili, spędzając dni na dobroczynności, spokoju duchowym, łacińskich i krysznaickich śpiewach, medytacjach, zbieraniu późnych poziomek, a także na nieśpiesznych rozmowach o pszczelarstwie i serowarstwie.

Fragment pochodzi z książki Jurija Andruchowicza Perwersja. Zaznaczam jednak, że jak dotąd nie studiowałem na żadnej politechnice, nie byłem zakonnikiem, znam natomiast pewnego smukłego, lecz nie śniadego Remigiusza, który w ramach swych obowiązków służbowych przystroił mnie w perwersyjny strój.