Grymas Baudelaire’a

Zrozumiał także nowe społeczeństwo; pojął mianowicie, że kultura XIX wieku jest kulturą mieszczańską i że wymyślanie widzowi i czytelnikowi od “burżua” jest to znieważanie samego siebie, wszyscy bowiem, którzy w tym wieku tworzą dobra kulturalne, przeznaczają je dla “burżua” i z konieczności sami się stają “burżua”. Zrozumiał więc, że nowa estetyka rodzi się w tych miejscach, gdzie stukają maszyny i wrzeszczą maklerzy – w zakopconych halach, krytych szklanymi dachami i ozdobionych gipsaturą; toteż na niego powołają się w przyszłości twórcy stylu secesyjnego, poszukujący dla nowej cywilizacji oryginalnej formy artystycznej.

(…)

Baudelaire doprawdy nie miał życiorysu! Jakże zazdrościł bogatego życia swemu bliźniakowi z wyboru – Edgarowi Poe! Nie wiedział, że tamten zełgał po prostu swoje przygody, a życie miał prawie tak smutne i skromne, jak Baudelaire. Baudelaire poza tym nie miał, jak twierdził, ani ambicji, ani przekonań. Tylko rozumiał wszystko. Był bowiem szalenie inteligentny. Jest to dar okropny, gdyż zmusza człowieka do jednoczesnego przenikania siebie i drugich, a to go pozbawia wszelkiej ofensywności. Grymas znużenia, zniechęcenia, goryczy, który stale malował się na jego twarzy i który przekazali nam jego portreciści oraz on sam w licznych autoportretach i autokarykaturach, był właśnie oznaką tego absolutnego zrozumienia siebie i drugich. Był to grymas duchowy. Gdy mówimy o osobliwym świetle Baudelaire’owskim, mamy na myśli właściwie mrok, cień padający na wszystko, co pisał, i na jego twarz. W naturze nie ma, oczywiście, światła, które byłoby mrokiem; jest tylko w świecie ułudy i zna jego tajemnicę każdy malarz i każdy mechanik teatralny. Bo w naturze w ogóle nic nie ma ciekawego ani pięknego, jak by powiedział nasz poeta…

ze wstępu Andrzeja Kijowskiego do Sztuki romantycznej Baudlaire’a, słowo/obraz terytoria, 2004